NKB (nkb) wrote,
NKB
nkb

  • Mood:

Język polski. Возрождаюсь заново. Новак и Сапковский.

Вчера шли в школу, встретили Агнешку и Викторию, Агнешка вдруг разговорилась снова по-польски (одно время она предпочитала немецкий, я не настаивала). И чего-то вот разобрало меня. Еще ada_samarka тут на днях про Тадеуша Новака рассказала, я посмотрела-почитала - и нашла вроде бы как аудиокнижку. Пошла заплатить - а увы. Показали фигу. Нет такой книжки. Жааалко. Аудиоформат на польском - это ж самое мое, читать мне сложновато, я его со слуха же учила, общаясь. Книжки до сих пор прошептываю, если не понятно глазами.



Ну, и... все закончилось предсказуемо. Отыскала весь цикл Wiedźmin'а в оригинале, и вечером убила с полчаса на поиски первой встречи Цири и Геральта. Не могу сказать, что Сапковского читаю вот прямо запоем, скорее, пробиваюсь через него, когда начинается сплошная мочиловка. И кто там кому фей-гном-краснолюд - тоже пропускаю. Но вот диалоги Геральта, особенно с маленькой Цири, особенно в самом начале - это ааа. Самое любимое. И в переводе они совсем не те. Короче, скопирую себе тут кусок, довольно большой, про ту их встречу в лесу, сопливый нос и царственные манеры юной принцессы... :)

UPD. Ой, что нашлааа. Прямо вся начитка, да какая красивая! Половину "Меча предназначения" под шарфик послушала!!!



Pokonywali pas rzadziej zalesionych wzgórz, klucząc kotlinkami,
wypełnionymi mgłą, idąc przez rozległe, trawiaste polany, przez wiatrołomy.
Braenn po raz kolejny zatrzymała się, rozejrzała. Sprawiała wrażenie, jakby zgubiła
drogę, ale Geralt wiedział, że to niemożliwe. Korzystając jednak z przerwy w
marszu, przysiadł na zwalonym pniu.
I wtedy usłyszał krzyk. Cienki. Wysoki. Rozpaczliwy.
Braenn przyklęknęła błyskawicznie, wyciągając z kołczana jednocześnie dwie
strzały. Jedną chwyciła w zęby, drugą zaczepiła o cięciwę, napięła łuk, celując na
ślepo, przez krzaki, na głos.
- Nie strzelaj! - krzyknął.
Przeskoczył przez pień, przedarł się przez zarośla.
Na niewielkiej polanie u podnóża kamienistego urwiska stała mała istotka w szarym
kubraczku przyciśnięta plecami do pnia uschniętego grabu. Przed nią, o jakieś pięć
kroków, coś poruszało się powoli, rozgarniając trawy. To coś miało około dwóch
sążni długości i było ciemnobrązowe. W pierwszej chwili Geralt pomyślał, że to
wąż. Ale spostrzegł żółte, ruchliwe, haczykowate odnóża, płaskie segmenty długiego
tułowia i zorientował się, ze to nie wąż. Ze to coś znacznie gorszego.
Przytulona do pnia istotka pisnęła cienko. Olbrzymi wij uniósł ponad trawy długie,
drgające czułki, łowił nimi zapach i ciepło.
- Nie ruszaj się! - wrzasnął wiedźmin i tupnął, by zwrócić na siebie uwagę
skolopendromorfa. Ale wij nie zareagował, jego czułki uchwyciły już woń bliższej
ofiary. Potwór poruszył odnóżami, zwinął się esowato i ruszył do przodu. Jego
jaskrawożółte łapy migały wśród traw, równo, jak wiosła galery.
- Yghern! - krzyknęła Braenn.
Geralt dwoma susami wpadł na polanę, w biegu wyszarpując miecz z pochwy
na plecach, z rozpędu, biodrem, uderzył skamieniałą pod drzewem istotkę,
odrzucając ją w bok, w krzaki jeżyn. Skolopendromorf zaszeleścił w trawie, zadrobił
odnóżami i rzucił się na niego, unosząc przednie segmenty, szczękając ociekającymi
jadem kleszczami. Geralt zatańczył, przeskoczył przez płaskie cielsko i z półobrotu
rąbnął mieczem, mierząc w miększe miejsce, pomiędzy pancerne płyty tułowia.
Potwór był jednak zbyt szybki, miecz uderzył w chitynową skorupę, nie przecinając
jej - gruby dywan mchu zamortyzował uderzenie. Geralt odskoczył, ale nie dość
zwinnie. Skolopendromorf owinął tylną część cielska wokół jego nóg, z potworną
siłą. Wiedźmin upadł, przekręcił się i spróbował wyrwać.
Bezskutecznie.
Wij wygiął się i obrócił, by dosięgnąć go kleszczami, przy czym gwałtownie
zadrapał pazurami o drzewo, przewinął się po nim. W tym momencie nad głową
Geralta syknęła strzała, z trzaskiem przebijając pancerz, przygważdżając stwora do
pnia. Wij zwinął się, złamał strzałę i uwolnił się, ale natychmiast ugodziły go dwa
dalsze pociski. Wiedźmin kopniakiem odrzucił od siebie trzepoczący odwłok,
odturlał się w bok.
Braenn, klęcząc, szyła z łuku w nieprawdopodobnym tempie, pakując w
skolopendromorfa strzałę po strzale. Wij łamał brzechwy i uwalniał się, ale kolejna
strzała znowu przygważdżała go do pnia. Płaski, błyszczący, ciemnorudy łeb stwora
kłapał i szczękał kleszczami przy miejscach, gdzie trafiały groty, bezmyślnie usiłując
dosięgnąć raniącego go wroga.
Geralt przyskoczył z boku i ciął mieczem z szerokiego zamachu, kończąc
walkę jednym uderzeniem. Drzewo podziałało jak katowski pień.
Braenn zbliżyła się powoli, z napiętym łukiem, kopnęła wijący się wśród traw,
przebierający odnóżami tułów, splunęła na niego.
- Dzięki - rzekł wiedźmin, miażdżąc ucięty łeb wiją. uderzeniami obcasa.
- Ee?
- Uratowałaś mi życie.
Driada spojrzała na niego. Nie było w tym spojrzeniu ani zrozumienia, ani emocji.
- Yghern - powiedziała, trącając butem skręcające się cielsko. - Połamał mi szypy.
- Uratowałaś życie i mnie, i tej małej driadzie - powtórzył Geralt. - Psiakrew, gdzie
ona jest?
Braenn zręcznie odgarnęła krzaki jeżyn, zagłębiła ramię wśród kolczatych pędów.
- Takem myślała - powiedziała, wyciągając z chaszczy istotkę w szarym kubraczku. -
Obacz sam, Gwynbleidd.
To nie była driada. Nie był to też elf, sylfida, puk ani niziołek. To była najzwyklejsza
w świecie ludzka dziewczynka. W środku Brokilonu, najniezwyklejszym miejscu dla
zwykłych, ludzkich dziewczynek.
Miała jasne, mysiopopielate włosy i wielkie, jadowicie zielone oczy. Nie mogła mieć
więcej niż dziesięć lat.
- Kim jesteś? - spytał. - Skąd się tu wzięłaś? Nie odpowiedziała. Gdzie ja ją już
widziałem, pomyślał. Gdzieś już ją widziałem. Ją lub kogoś bardzo do niej
podobnego.
- Nie bój się - powiedział niepewnie.
- Nie boję się - burknęła niewyraźnie. Najwidoczniej miała katar.
- Dyrdajmy stąd - odezwała się nagle Braenn, rozglądając się dookoła. - Gdzie jest
jeden yghem, wraz patrzeć drugiego. A ja już mało szypów mam.
Dziewczynka spojrzała na nią, otworzyła usta, otarła buzię wierzchem dłoni,
rozmazując kurz.
- Kim ty, do diabła, jesteś? - powtórzył Geralt, pochylając się. - Co robisz w... W tym
lesie? Jak się tu dostałaś?
Dziewczynka opuściła głowę i pociągnęła zakatarzonym nosem.
- Ogłuchłaś? Kim jesteś, pytam? Jak się nazywasz?
- Ciri - smarknęła.
Geralt odwrócił się. Braerm, oglądając łuk, łypała okiem na niego.
- Słuchaj, Braenn...
- Czego?
- Czy to możliwe... Czy to możliwe, żeby ona... uciekła wam z Duen Canell?
- Ee?
- Nie udawaj kretynki - zdenerwował się. - Wiem, że porywacie dziewczynki. A ty
sama, co, z nieba spadłaś do Brokilonu? Pytam, czy to możliwe...
- Nie - ucięła driada. - Nigdym jej na oczy nie widziała.
Geralt przyjrzał się dziewczynce. Jej popielatoszare włosy były potargane, pełne
igliwia i listków, ale pachniały czystością, nie dymem, nie oborą ani tłuszczem.
Ręce, choć nieprawdopodobnie brudne, były małe i delikatne, bez szram i odcisków.
Chłopięce ubranie, kubraczek z czerwonym kapturkiem, jakie nosiła, na nic nie
wskazywało, ale wysokie buciki zrobione były z miękkiej, drogiej, cielęcej skóry.
Nie, z pewnością nie było to wiejskie dziecko. Freixenet, pomyślał nagle wiedźmin.
To jej szukał Freixenet. Za nią poszedł do Brokilonu.
- Skąd jesteś, pytam, smarkulo?
- Jak mówisz do mnie! - dziewczynka hardo zadarła głowę i tupnęła nóżką. Miękki
mech zupełnie zepsuł efekt tego tupnięcia.
- Ha - powiedział wiedźmin i uśmiechnął się. - W samej rzeczy, księżniczka.
Przynajmniej w mowie, bo wygląd nikczemny. Jesteś z Verden, prawda? Wiesz, że
cię szukają? Nie martw się, odstawię cię do domu. Słuchaj, Braenn...
Gdy odwrócił głowę, dziewczynka błyskawicznie zakręciła się na pięcie i puściła
biegiem przez las, po łagodnym zboczu wzgórza.
- Bloede turd! - wrzasnęła driada, sięgając do kołczana. - Caemm 'erę!
Dziewczynka, potykając się, pędziła na oślep przez las, trzeszcząc wśród suchych
gałęzi.
- Stój! - krzyknął Geralt. - Dokąd, zaraza!
Braenn błyskawicznie napięła łuk. Strzała zasyczała jadowicie, mknąc po
płaskiej paraboli, grot ze stukotem wbił się w pień, nieledwie muskając włosy
dziewczynki. Mała skuliła się i przypadła do ziemi.
- Ty cholerna idiotko - syknął wiedźmin, zbliżając się do driady. Braenn zwinnie
dobyła z kołczanu następną strzałę. - Mogłaś ją zabić!
- Tu jest Brokilon - powiedziała hardo.
- A to jest dziecko!
- No to co?
Spojrzał na brzechwę strzały. Były na niej pręgowane pióra z lotek kury
bażanta barwione na żółto w wywarze z kory. Nie powiedział ani słowa. Odwrócił
się i szybko poszedł w las. Dziewczynka leżała pod drzewem, skulona, ostrożnie
unosząc głowę i patrząc na strzałę tkwiącą w pniu. Usłyszała jego kroki i poderwała
się, ale dopadł jej w krótkim skoku, chwycił za czerwony kapturek kubraczka.
Odwróciła głowę i spojrzała na niego, potem na rękę, trzymającą kapturek. Puścił ją.
- Dlaczego uciekałaś?
- Nic ci do tego - smarknęła. - Zostaw mnie w spokoju, ty... ty...
- Głupi bachorze - syknął wściekle. - Tu jest Brokilon. Mało ci było wija? Sama nie
dożyjesz w tym lesie do rana. Jeszcze tego nie pojęłaś?
- Nie dotykaj mnie! - rozdarła się. - Ty pachołku, ty! Jestem księżniczką, nie myśl
sobie!
- Jesteś głupią smarkulą.
- Jestem księżniczką!
- Księżniczki nie łażą same po lesie. Księżniczki mają czyste nosy.
- Głowę ci każę ściąć! I jej też! - dziewczynka otarła nos dłonią i wrogo spojrzała na
podchodzącą driadę. Braenn parsknęła śmiechem.
- No, dobrze, dość tych wrzasków - przerwał wiedźmin. - Dlaczego uciekałaś,
księżniczko? I dokąd? Czego się boisz?
Milczała, pociągając nosem.
- Dobrze, jak chcesz - mrugnął do driady. - My idziemy. Chcesz zostać sama w lesie,
twoja wola. Ale na drugi raz, gdy dopadnie cię yghern, nie wrzeszcz. Księżniczkom
to nie przystoi. Księżniczki umierają nawet nie pisnąwszy, wytarłszy uprzednio nosy
do czysta. Idziemy, Braenn. Żegnaj, wasza wysokość.
- Za... zaczekaj.
- Aha?
- Pójdę z wami.
- Zaszczyceniśmy wielce. Prawda, Braenn?
- Ale nie zaprowadzisz mnie znowu do Kistrina? Przyrzekasz?
- Kto to jest... - zaczął. - Ach, psiakrew. Kistrin. Książę Kistrin? Syn króla Ervylla z
Verden?
Dziewczynka wydęła małe usteczka, smarknęła i odwróciła głowę.
- Dość tych igrów - odezwała się ponuro Braenn. - Idziem.
- Zaraz, zaraz - wiedźmin wyprostował się i spojrzał na driadę z góry. - Plany ulegają
pewnej zmianie, moja śliczna łuczniczko.
- Ee? - Braenn uniosła brwi.
- Pani Eithne zaczeka. Muszę odprowadzić tę małą do domu. Do Verden.
Driada zmrużyła oczy i sięgnęła do kołczana.
- Nikaj nie pójdziesz. Ani ona. Wiedźmin uśmiechnął się paskudnie.
- Uważaj, Braenn - powiedział. - Ja nie jestem szczeniakiem, któremu wczoraj
wpakowałaś strzałę w oko z zasadzki. Ja umiem się bronić.
- Bloede arss! - syknęła, unosząc łuk. - Idziesz do Duen Canell, ona takoż! Nie do
Verden!
- Nie! Nie do Verden! - popielatowłosa dziewuszka, przypadła do driady, przycisnęła
się do jej szczupłego uda. - Idę z tobą! A on niech sobie idzie sam do Verden, do
głupiego Kistrina, jeśli tak chce!
Braenn nawet nie spojrzała na nią, nie spuszczała oka z Geralta. Ale opuściła łuk.
- Ss turd! - splunęła mu pod nogi. - Ano! A idź, gdzie cię oczy poniosą! Obaczym,
czy zdołasz. Zdechniesz, nim wyjdziesz z Brokilonu.
Ma rację, pomyślał Geralt. Nie mam szans. Bez niej ani nie wyjdę z Brokilonu, ani
nie dotrę do Duen Canell. Trudno, zobaczymy. Może uda się wyperswadować
Eithne...
- No, Braenn - powiedział pojednawczo, uśmiechnął się. - Nie wściekaj się,
ślicznotko. Dobrze, niech będzie po twojemu. Idziemy wszyscy do Duen Canell. Do
pani Eithne.
Driada burknęła coś pod nosem, zdjęła strzałę z cięciwy.
- W drogę tedy - powiedziała, poprawiając opaskę na włosach. - Dość się czasu
zwlekło.
- Oooj... -jęknęła dziewczynka, robiąc krok.
- Czego tam?
- Coś mi się stało... W nogę.
- Zaczekaj, Braenn! Chodź, smarkulo, wezmę cię na barana.
Była cieplutka i pachniała jak mokry wróbel.
- Jak masz na imię, księżniczko? Zapomniałem.
- Ciri.
- A twoje włości, gdzie leżą, jeśli wolno spytać?
- Nie powiem ci - burknęła. - Nie powiem i już.
- Przeżyję. Nie wierć się i nie smarkaj mi nad uchem. Co robiłaś w Brokilonie?
Zgubiłaś się? Zabłądziłaś?
- Akurat! Ja nigdy nie błądzę.
- Nie wierć się. Uciekłaś od Kistrina? Z zamku Nastrog? Przed czy po ślubie?
- Skąd wiesz? - smarknęła przejęta.
- Jestem niesamowicie mądry. Dlaczego uciekałaś akurat do Brokilonu? Nie było
bezpieczniejszych kierunków?
- Głupi koń poniósł.
- Łżesz, księżniczko. Przy twojej posturze mogłabyś dosiąść najwyżej kota. I to
łagodnego.
- To Marek jechał. Giermek rycerza Voymira. A w lesie koń się wywalił i złamał
nogę. I pogubiliśmy się.
- Mówiłaś, że ci się to nie zdarza.
- To on zabłądził, nie ja. Była mgła. I pogubiliśmy się.
Pogubiliście się, pomyślał Geralt. Biedny giermek rycerza Ybymira, który
miał nieszczęście nadziać się na Braenn i jej towarzyszki. Szczeniak, nie wiedzący
zapewne, co to kobieta, pomaga w ucieczce zielonookiej smarkuli, bo nasłuchał się
rycerskich opowieści o dziewicach zmuszanych do małżeństwa. Pomaga jej uciec, po
to, by paść od strzały farbowanej driady, która zapewne nie wie, co to mężczyzna.
Ałe już umie zabijać.
- Pytałem, zwiałaś z zamku Nastrog przed ślubem czy po ślubie?
- Zwiałam i już, co ci do tego - zaburczała. - Babka powiedziała, że mam tam jechać
i poznać go. Tego Kistri-na. Tylko poznać. A ten jego ojciec, ten brzuchasty król...
- Ervyll.
- ... od razu ślub i ślub. A ja jego nie chcę. Tego Kistrina. Babka powiedziała...
- Taki ci wstrętny książę Kistrin?
- Nie chcę go - oświadczyła hardo Ciri, pociągając nosem, w którym grało aż miło. -
Jest gruby, głupi i brzydko pachnie mu z buzi. Zanim tam pojechałam, pokazali mi
obrazek, a na obrazku on gruby nie był. Nie chcę takiego męża. W ogóle nie chcę
męża.
- Ciri - rzekł wiedźmin niepewnie. - Kistrin jest jeszcze dzieckiem, tak jak i ty. Za
parę lat może być z niego całkiem przystojny młodzian.
- To niech mi przyślą drugi obrazek, za parę lat - prychnęła. - I jemu też. Bo
powiedział mi, że na obrazku, który jemu pokazali, ja byłam dużo ładniejsza. I
przyznał się, że kocha Alvinę, damę dworu, i chce być jej rycerzem. Widzisz? On
mnie nie chce i ja jego nie chcę. To po co ślub?
- Ciri - mruknął wiedźmin. - On jest księciem, a ty księżniczką. Książęta i
księżniczki tak właśnie się żenią, nie inaczej. Taki jest zwyczaj.
- Mówisz jak wszyscy. Myślisz, że jeśli jestem mała, to można mi nakłamać.
- Nie kłamię.
- Kłamiesz.
Geralt zamilkł. Braenn, idąca przed nimi, obejrzała się, zapewne zdziwiona ciszą.
Wzruszywszy ramionami, podjęła marsz.
- Dokąd my idziemy? - odezwała się ponuro Ciri. - Chcę wiedzieć! Geralt milczał.
- Odpowiadaj, jak cię pytają! - rzekła groźnie, popierając rozkaz głośnym
smarknięciem. - Czy wiesz, kto... Kto na tobie siedzi?
Nie zareagował.
- Bo ugryzę cię w ucho! - wrzasnęła. Wiedźmin miał dosyć. Ściągnął dziewczynkę z
karku i postawił na ziemi.
- Słuchaj no, smarkulo - powiedział ostro, mocując się z klamrą pasa. - Zaraz
przełożę cię przez kolano, ściągnę gacie i dam po tyłku rzemieniem. Nikt mnie przed
tym nie powstrzyma, bo tu nie królewski dwór, a ja nie jestem twoim dworakiem ani
sługą. Zaraz pożałujesz, że nie zostałaś w Nastrogu. Zaraz zobaczysz, że jednak
lepiej być księżną niż zagubionym w lesie usmarkańcem. Bo księżnej, i owszem,
wolno zachowywać się nieznośnie. Księżnej nawet wtedy nikt nie leje w tyłek
rzemieniem, co najwyżej książę pan, osobiście.
Ciri skurczyła się i kilkakrotnie pociągnęła nosem. Braenn, oparta o drzewo,
beznamiętnie przyglądała się.
- No jak? - spytał wiedźmin, owijając pas wokół na-pięstka. - Będziemy już
zachowywać się godnie i powściągliwie? Jeżeli nie, przystąpimy do łojenia zadka jej
wysokości. No? Tak czy nie?
Dziewczynka zachlipała i pociągnęła nosem, po czym skwapliwie pokiwała głową.
- Będziesz grzeczna, księżniczko?
- Będę - burknęła.
- Ćma wnet będzie - odezwała się driada. - Dyrdajmy, Gwynbleidd.
Las zrzedł. Szli przez piaszczyste młodniaki, przez wrzosowiska, przez zasnute mgłą
łąki, na których pasły się stada jeleni. Robiło się chłodniej.
- Szlachetny panie... - odezwała się Ciri po długim, długim milczeniu.
- Nazywam się Geralt. O co chodzi?
- Jestem okropecznie głodna.
- Zaraz się zatrzymamy. Wkrótce zmierzch.
- Nie wytrzymam - zachlipiała. - Nic nie jadłam od...
- Nie maż się - sięgnął do sakwy, wyciągnął kawał słoniny, mały krążek sera i dwa
jabłka. - Masz.
- Co to jest, to żółte?
- Słonina.
- Tego jeść nie będę - burknęła.
- Świetnie się składa - rzekł niewyraźnie, pakując słoninę do ust. - Zjedz ser. I jabłko.
Jedno.
- Dlaczego jedno?
- Nie wierć się. Zjedz oba.
- Geralt?
- Mhm?
- Dziękuję.
- Nie ma za co. Jedz na zdrowie.
- Ja nie... Nie za to. Za to też, ale... Uratowałeś mnie przed tą stonogą... Brrr... O
mało nie umarłam ze strachu...
- O mało nie umarłaś - potwierdził poważnie. O mało nie umarłaś w wyjątkowo
bolesny i paskudny sposób, pomyślał. - A dziękować powinnaś Braenn.
- Kim ona jest?
- Driadą.
- Dziwożoną?
- Tak.
- To ona nas... One porywają dzieci! Ona nas porwała? Eee, ty przecież nie jesteś
mały. A czemu ona tak dziwnie mówi?
- Mówi, jak mówi, to nieważne. Ważne jest, jak strzela. Nie zapomnij jej
podziękować, gdy się zatrzymamy.
- Nie zapomnę - smarknęła.
- Nie wierć się, księżniczko, przyszła księżno Verden.
- Nie będę - burknęła - żadną księżną.
- Dobrze, dobrze. Nie będziesz księżną. Zostaniesz chomikiem i zamieszkasz w
norce.
- Nieprawda! Ty nic nie wiesz!
- Nie piszcz mi nad uchem. I nie zapominaj o rzemieniu!
- Nie będę księżną. Będę...
- No? Czym?
- To jest tajemnica.
- Ach, tak, tajemnica. Świetnie - uniósł głowę. - Co się stało, Braenn?
Driada, zatrzymawszy się, wzruszyła ramionami, popatrzyła w niebo.
- Ustałam - rzekła miękko. - I tyś pewnie ustał, niosąc ją, Gwynbleidd. Tu staniemy.
Ćma wraz.

Tags: Wiedźmin, Польский язык
Subscribe
  • Post a new comment

    Error

    Anonymous comments are disabled in this journal

    default userpic

    Your reply will be screened

    Your IP address will be recorded 

  • 3 comments